Temida Stankiewicz-Podhorecka

Jak sinusoida

Znane powiedzenie "chcieć to móc" jest głównym przesłaniem sztuki Petera Quiltera "Boska" granej w Teatrze Polonia. A zatem można powiedzieć, że wystarczy mocno pragnąć, aby zrealizowało się nasze marzenie. Tak jak stało się to w przypadku głównej bohaterki Florence Foster Jenkins, autentycznej postaci, nazywanej najgorszą śpiewaczką świata, o której opowiada sztuka. Mimo absolutnego braku słuchu muzycznego i głosu śpiewała - bo "chcieć to móc". No tak, tylko trzeba jeszcze wspomnieć, że madame Jenkins mogła wprowadzić w życie swoje najbardziej upragnione marzenia dzięki fortunie, jaką otrzymała w spadku po ojcu. Tak więc słynne "chcieć to móc" ma tutaj silne podparcie finansowe. Oczywiście brak samokrytycyzmu, przekonanie o własnej wyjątkowości, specyficzne cechy charakterologiczne i brak jakichkolwiek kompleksów wynikających z braku talentu - nie są tu bez znaczenia.

Biografia słynnej amerykańskiej śpiewaczki (a raczej pseudośpiewaczki) świetnie nadaje się na scenariusz filmowy, "mydlaną operę", sztukę teatralną czy powieść. I każdy z tych gatunków ma zapewnione powodzenie u publiczności, ponieważ już sama biografia Florence Foster Jenkins jest najprawdziwszym samograjem. Wiedział o tym doskonale Peter Quilter, pisząc sztukę o madame Jenkins. Wiedziała także o tym Krystyna Janda, biorąc do swego teatru tę sztukę i grając główną rolę. Ale ten samograj w zanadrzu skrywa pułapkę, w którą nieopatrznie można wpaść. A jako że "Boska" jest komedią, a nawet farsą, więc z owej pułapki można też się wydobyć. I tak na zmianę twórcy spektaklu wpadają i się wydobywają. Właśnie do takiej "sinusoidy" można porównać przedstawienie wyreżyserowane przez Andrzeja Domalika. Raz na górze, raz na dole, raz świetnie, raz fatalnie. Obok scen udanych są nieudane. I to głównie z powodu silnego, a czasami wręcz karykaturalnego przerysowania postaci granych przez aktorów. Właściwie wszystkich poza Maciejem Stuhrem.

Trudno uwierzyć w sam fakt światowej kariery grafomanki muzycznej i wokalnej, która - jak piszą jej biografowie - podobno miała muzykę w głowie. Może i miała w głowie, ale z pewnością daleko od uszu. A jednak jej nazwisko przetrwało, a płyty z jej wykonaniami są sprzedawane na całym świecie. A propos - szkoda, że reżyser przedstawienia Andrzej Domalik nie wykorzystał w przedstawieniu choć jednego oryginalnego nagrania Jenkins. Na przykład w finale spektaklu, już po monologu Macieja Stuhra. Sztuka Quiltera miała swoją prapremierę dwa lata temu i odtąd okrzyknięta jako hit teatralny grana jest z powodzeniem w teatrach, choć przyznać trzeba, że nie jest to tekst wysokich lotów. Ma za to jedną niezbędną cechę, by zadowolić widza, w warstwę stricte humorystyczną wpisany jest też element wywołujący u widza wzruszenie. Krystyna Janda choć z pewnym dystansem, a nawet autoironią potraktowała graną przez siebie postać, to zarazem obdarzyła ją ciepłem i uczuciowością. Madame Jenkins Krystyny Jandy to z jednej strony osoba nadzwyczaj prymitywna intelektualnie, pozbawiona gustu estetycznego, niemająca kulturalnej ogłady w sposobie bycia, chwilami wręcz przypominająca handlującą na bazarze babę z cielęciną i po chłopsku, z uporem, nie zważając na głosy krytyki, dążąca do wyznaczonego sobie celu. Z drugiej zaś strony Florence Jenkins w wykonaniu Krystyny Jandy jest kobietą pełną dobroci, łożącą niemałe fundusze na ubogich, łagodnie odnoszącą się do otoczenia i niczym dziecko pełną naiwności w postrzeganiu świata. Tak jakby żyła w innej rzeczywistości aniżeli jej otoczenie. Janda broni postaci swoją mimiką, czułością i niemal matczyną opiekuńczością nad innymi. Ta Jenkins musi więc budzić sympatię publiczności, która jest w stanie wybaczyć wszystko. Także wycie zamiast śpiewu.

A wycie nie przeszkadza jej myśleć o sobie jako jednej z najwybitniejszych śpiewaczek operowych. Toteż najchętniej śpiewałaby na najbardziej prestiżowych scenach świata, jak Metropolitan Opera czy Carnegie Hall. I tak się stało. Florence Foster Jenkins otrzymała zaproszenie właśnie do Carnegie Hall, jej występ zakończył się aplauzem ponad trzytysięcznej publiczności wypełniającej widownię. A to, że większość widzów omal nie dostała skrętu kiszek ze śmiechu, i to, że były gwizdy, nie zraziło Jenkins. Dopięła swego, marzenie się spełniło, zaśpiewała i w wieku 76 lat otrzymała od publiczności aplauz na stojąco. Miesiąc później, 25 listopada 1944 roku, zmarła.

Krystyna Janda pokazała tu swoje możliwości komiczne, ale zdecydowanie różniące się od innych ról o takim zabarwieniu. Szkoda, że chwilami do tego stopnia przerysowuje postać swojej bohaterki, że staje się ona całkowicie niewiarygodna. Już sam wyeksponowany zabawny kostium, jak na przykład w "Habanerze", rysuje portret charakterologiczny i mentalnościowy madame Jenkins, do tego dochodzi tekst prezentujący jej postawę, sposób myślenia i gdy nałożymy na to przesadnie grubą kreską poprowadzone ruchy, tembr głosu (nie mówię tu o świadomym fałszowaniu wokalnym), to rzecz staje się nie tylko mało śmieszna, ale i nudna. Ale są tu i takie sceny, które pokazują maestrię aktorską Krystyny Jandy. Grzech przerysowania ciąży tu także na innych wykonawcach, świetnych przecież aktorach, na Krystynie Tkacz grającej Dorothy, przyjaciółkę śpiewaczki, na Wiktorze Zborowskim w roli Claire'a, niewygranego aktora teatralnego. Natomiast nadekspresja Anny Iberszer jako Marii, meksykańskiej służącej, szybko i z południowym temperamentem mówiącej po hiszpańsku, jest tu na miejscu. Maciej Stuhr zaś w przekonywająco poprowadzonej roli wyciszonego, zrównoważonego akompaniatora Cosme jest jak gdyby z zewnątrz. Zaczyna i kończy tę opowieść o madame Jenkins.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Źródło: Nasz Dziennik nr 160

BOSKA!
najbliższe spektakle

12 marca poniedziałek
19:30 duża scena

13 marca wtorek
19:30 duża scena

14 marca środa
19:30 duża scena

repertuar teatru

Prasa o spektaklu

Krystyna Janda fałszuje w operzeJulia Rzemek Rzeczpospolita nr 250 - Po godzinach
Naiwność i wyrachowanieGrzegorz Kondrasiuk Gazeta Wyborcza - Lublin nr 135
Sąsiedzi. Dzień pierwszyMarta Zgierska Nowa Siła Krytyczna
Kiczu transMagdalena Krzyżosiak Teatr nr 3
Boska i śmiesznaKatarzyna Kamińska Gazeta Wyborcza - Wrocław nr 86
Operowy DyzmaStefan Drajewski Polska Głos Wielkopolski nr 76/31.03
Przecież śpiewamMaciej Łukasz Gołębiowski Hi-Fi i Muzyka nr 10/2007
Jak sinusoida
Nasz Dziennik nr 160
Warto kłamaćŁukasz Drewniak Przekrój nr 21
Śpiewać każdy możeStanisław Krajski Nasz Dziennik
Boska JandaAneta Kyzioł Polityka nr 20/19.05
Dzień z Krystyną JandąMaciej Gajewski, współpraca Karolina Kopocz PANI nr 5
Najgorsza śpiewaczkaVioletta Szostak Wysokie obcasy
Pochwała JandyGrzegorz Skurski Gazeta Wyborcza nr 102
Marzenia spełnionePrzemek Dziubłowski Życie Warszawy
Boska okropna JandaJoanna Derkaczew Gazeta Wyborcza nr 102
Seans spełnionych marzeńJanusz R. Kowalczyk Rzeczpospolita nr 101
Nieśmiertelna pani Jenkins Maja Ruszpel Dziennik nr 99
Wbrew rozsądkowi Jolanta Gajda-Zadworna Życie Warszawy nr 98 - Po Godzinach