Przemek Dziubłowski

Marzenia spełnione

Dwa lata po światowej premierze na deskach teatru Polonia możemy oglądać znakomity spektakl Petera Quiltera. Z rewelacyjną Krystyną Jandą w roli "boskiej" Florence Foster Jenkins - najgorszej śpiewaczki na świecie.

Wiara we własny talent i miłość do muzyki doprowadziły ją do legendarnej Carnegie Hall. Wyjąc na scenie jak pies do księżyca, 76-letnia Florence Foster Jenkins wywoływała aplauz. Z jednej strony brawa zbierało dziecko bezkompromisowo realizujące marzenia, z drugiej podstarzała najgorsza śpiewaczka świata, głucha na śmiech, ślepa na krytykę.

Teściowa Carmen

Zanim słuchacz kupił bilet na koncert Florence Foster Jenkins, musiał się spotkać z najbardziej osobliwą diwą w dziejach muzyki osobiście i przejść przez rozmowę kwalifikacyjną. Wszystko po to, by - jak dowiadujemy się ze sztuki Petera Quiltera - wyeliminować ewentualnego wroga. Obserwując owacje na stojąco podczas premiery "Boskiej!", można podejrzewać, że Krystyna Janda postępuje podobnie ze swoją widownią. Można by, gdyby nie była to jej kolejna wielka, zagrana śpiewająco, rola.

Janda może być Callas i może być Florence. Może udawać, że śpiewa, i udawać, że fałszuje, a w obu wcieleniach być boska. Tylko królowa polskiej sceny potrafi w kuriozalnej, kiczowatej hiszpańskiej sukni z czerwoną wiechą na głowie i kastanietami w rękach, skrzecząc Habanerę z "Carmen", wzruszyć, a jednocześnie rozbawić publiczność. Bo jak pozostać obojętnym, gdy przytupując, potykając się o tren sukni i falując biustem, rzuca rozbrajająco ze sceny: "czuję się w tym jak teściowa Carmen".

Spektakl nie ma równego tempa, za to słabsze i bardzo dobre momenty. Te ostatnie zawdzięcza przede wszystkim Jandzie. Początek jest obiecujący - na scenę wtacza się pulchna Florence w łososiowym peniuarze, komplementując słodkimi słówkami nowego, nieświadomego "talentu" przyszłej pracodawczyni akompaniatora Cosme McMoona (Maciej Stuhr). Świetne kostiumy i efektowna scenografia Doroty Kołodyńskiej sprawiają, że duch kiczowatego, nowobogackiego apartamentu na Manhattanie rodem z lat 20., gdzie zamieszkuje najdziwniejsza śpiewaczka świata, sam w sobie już budzi ciekawość. Zwłaszcza że na fortepianie stoją kwiaty od Cola Portera.

W tym kiczu jest metoda

Dramaturgia spektaklu przez długi czas opiera się na wyczekiwaniu momentu, kiedy madame Jenkins zmierzy się z nutami, a tym samym Krystyna Janda zaśpiewa. Gdy wreszcie to następuje, sala wybucha śmiechem. Jak można przypuszczać, to śmiech tej barwy, jaką budziły oryginalne wykonania artystki zwanej Boską.

Kolejne sceny odkrywają jej tajemnicę, pozwalając zrozumieć, jak to się stało, że najgorsza śpiewaczka świata niemal do końca swoich dni wierzyła, że jest jedną z najwybitniejszych. W takiej opinii utwierdzają ją najbliżsi, słyszy to, co chce usłyszeć, gdy prosi Cosme o porównanie swoich osiągnięć z nagraniami Galii Curci, solistki Metropolitan Opera.

Janda w roli Boskiej jest po prostu boska i tak mocno dystansuje innych, że przerysowana rola Krystyny Tkacz (przyjaciółka Dorothy), bezbarwna Ewy Telegi (pani Verindah-Gedge) czy nawet niezła Wiktora Zborowskiego (angielski dżentelmen St. Clair) pozostawiają niedosyt. Za to charyzmatyczną postacią jest służąca Maria (świetna Anna Iberszer), która posługując się wyłącznie językiem hiszpańskim, ma lepszy kontakt z publicznością niż reszta zespołu. Maciej Stuhr stara się dotrzymać kroku Jandzie. Rytm tych kroków jest nierówny, ale dzięki wzruszającemu końcowemu monologowi McMoona możemy mieć nadzieję, że z czasem będzie lepiej.

Brawa należą się także reżyserowi Andrzejowi Domalikowi za zabiegi inscenizacyjne - zwłaszcza scenę dorocznego recitalu dla tak wyjątkowej widowni, jak panie z Klubu Miłośniczek Verdiego, w które zamienia się publiczność, i oglądany od kulis finałowy koncert w Carnegie Hall.

Być albo nie być

Jest coś wzruszającego w tym, że "Boska!" dwa lata po światowej premierze pojawia się na deskach teatru Polonia. Mając świadomość, jak wielkiej determinacji, odwagi i siły wymagało zrealizowanie marzenia o własnym teatrze, widząc Krystynę Jandę i Florence Jenkins w jednej osobie, wychodzimy uskrzydleni ze spektaklu. Bo przez dwie godziny mogliśmy w marzeniach jednej i drugiej po prostu być.

Przemek Dziubłowski
Źródło: Życie Warszawy

BOSKA!
najbliższe spektakle

12 marca poniedziałek
19:30 duża scena

13 marca wtorek
19:30 duża scena

14 marca środa
19:30 duża scena

repertuar teatru

Prasa o spektaklu

Krystyna Janda fałszuje w operzeJulia Rzemek Rzeczpospolita nr 250 - Po godzinach
Naiwność i wyrachowanieGrzegorz Kondrasiuk Gazeta Wyborcza - Lublin nr 135
Sąsiedzi. Dzień pierwszyMarta Zgierska Nowa Siła Krytyczna
Kiczu transMagdalena Krzyżosiak Teatr nr 3
Boska i śmiesznaKatarzyna Kamińska Gazeta Wyborcza - Wrocław nr 86
Operowy DyzmaStefan Drajewski Polska Głos Wielkopolski nr 76/31.03
Przecież śpiewamMaciej Łukasz Gołębiowski Hi-Fi i Muzyka nr 10/2007
Jak sinusoidaTemida Stankiewicz-Podhorecka Nasz Dziennik nr 160
Warto kłamaćŁukasz Drewniak Przekrój nr 21
Śpiewać każdy możeStanisław Krajski Nasz Dziennik
Boska JandaAneta Kyzioł Polityka nr 20/19.05
Dzień z Krystyną JandąMaciej Gajewski, współpraca Karolina Kopocz PANI nr 5
Najgorsza śpiewaczkaVioletta Szostak Wysokie obcasy
Pochwała JandyGrzegorz Skurski Gazeta Wyborcza nr 102
Marzenia spełnione
Życie Warszawy
Boska okropna JandaJoanna Derkaczew Gazeta Wyborcza nr 102
Seans spełnionych marzeńJanusz R. Kowalczyk Rzeczpospolita nr 101
Nieśmiertelna pani Jenkins Maja Ruszpel Dziennik nr 99
Wbrew rozsądkowi Jolanta Gajda-Zadworna Życie Warszawy nr 98 - Po Godzinach