strona głowna » spektakle » w teatrze » bieżące » wątpliwość » recenzje » nie cenię szekspira
Michał Smolis
KONIECZNA powraca w "Wątpliwości" Shanleya w warszawskim Teatrze Polonia.
Co kobiety zawdzięczają mężczyznom?
Aleksandra Konieczna: Lęk, kompleksy, wiele strat.
Deklaruje pani światopogląd feministyczny. Czy dlatego myślała pani o porzuceniu aktorstwa?
- Nie. Chociaż czułam się zmęczona sprowadzeniem mnie do roli obiektu seksualnego. Zgodnie ze swoją naturą reżyserzy mężczyźni postrzegają w ten sposób kobietę. Wypoczywałam w pracy z reżyserami homoseksualistami, ich natura umożliwiała mi wiele.
Jak ważna jest według pani płeć w teatrze?
- Ona determinuje wszystko, zamyka w swoich granicach. Chcemy, aby ktoś występował przeciw własnej płci? Z taką samą skutecznością możemy żądać, aby wskazówki zegara obracały się w odwrotnym kierunku.
Pracowała pani z Krystianem Lupą i Grzegorzem Jarzyną. Co przeszkadzało pani w ich świecie, że postanowiła go pani opuścić?
- Nic. Poza tym, że to nie był mój świat. My aktorzy sami niczego nie wybieramy. Dramatopisarze, reżyserzy i dyrektorzy projektują na nas, a ich wyborami często rządzi przypadek. Domagałam się własnych wyborów i słów. Przełom przyszedł dwa lata temu, po pracy nad "2007: Makbeth" w reżyserii Jarzyny. Przez moją decyzję o porzuceniu zawodu aktorki zyskiwalam powoli świadomość rozumianą jako przebudzenie. Także dzięki próbom reżyserskim. Przestałam musieć cokolwiek, przestawałam się bać.
...czyli aktorstwo nie jest twórczą profesją?
- W ten zawód jest wpisana bolesna sprzeczność. Jest on wyrażaniem siebie, ale w moje gardło wepchnięty jest knebel. Mogę co najwyżej wydać z siebie niemy krzyk, jak z obrazu Muncha.
"- Interesuje mnie dziś w aktorstwie tylko to, co stawia opór. To, co sprawia mi trudność" - powiedziała pani w wywiadzie. Jaką trudność sprawia pani rola w "Wątpliwości"?
- Przyjęłam tę propozycję po kilku latach pracy w Teatrze Rozmaitości i roli w przedstawieniu Rene Pollescha "Ragazzo dell'Europa". Czy jeszcze potrafię i mogę nie znudzić się teatrem, który przedstawia bardzo dobrze skrojoną historię? To sztuka konwersacyjna z ciekawie napisanymi rolami. Przy dobrej reżyserii ten utwór zapewni pasjonujący elegancki wieczór w teatrze.
Kogo pani gra w sztuce Shanleya?
- Zakonnica siostra Alojzyna jest dyrektorką szkoły katolickiej. Akcja sztuki w oryginalnej wersji dzieje się w Nowym Jorku w 1964 roku. Piotr Cieplak przeniósł ją w polskie tu i teraz, dramat rozgrywa się w klasztorze sióstr Urszulanek. Moja bohaterka zanim do niego wstąpiła, przeżyła długie życie świeckie. Była bezdzietną mężatką, w ważnej scenie przyznaje się do popełnienia grzechu śmiertelnego. Ona działa w słusznej sprawie. Jeżeli nawet ksiądz, z którym wałczy, nie molestuje seksualnie dzieci, takiej ewentualności nie można wykluczyć. Siostra Alojzyna wykraczając poza ramy Kościoła, obiera własną strategię walki z nim, w obronie niewinnych dzieci.
Mówiła pani też, że w aktorstwie przeszkadza pani moralność.
- Moralność może przeszkadzać także w byciu człowiekiem. Jest z zewnątrz. Często nie umiem jej odróżnić od mojego atawistycznego, mam nadzieję, naturalnego odczucia dobra i zła. Największą przeszkodę moralność stawia mi w przyznaniu się do bezsilności. W byciu aktorką, reżyser, człowiekiem.
A co przeszkadza w reżyserowaniu?
- Dyrektorzy teatrów. Żyjący autorzy też nie ułatwiają sprawy.
Jest pani jedną z kobiet reżyserów, których na polskim rynku teatralnym jest coraz więcej. Język której z nich jest pani szczególnie bliski?
- Kiedy pojawiły się w teatrze kobiety reżyserzy i jako aktorka dostawałam od nich propozycje - zaczęłam oddychać. Jak drastycznie różni się adaptacja tego samego tekstu dokonana przez kobietę i mężczyznę, mogą świadczyć dwie wersje "Makbeta" - Grzegorza Jarzyny i Mai Kleczewskiej. Tak, Maja Kleczewska czy Natalia Korczakowska - są jako reżyser mi bliskie.
W pracy reżyserskiej korzystała pani z metody parafrazy Stelli Adler, która dopuszcza ogromne ingerencje w tekście.
- Ta wybitna amerykańska aktorka wskazywała na cud wyobraźni aktorskiej, która pojawia się w zetknięciu z wyobraźnią autora, reżysera, aktora. W ubiegłym roku przygotowałam ze studentami łódzkiej szkoły "Pajęczą sieć" Agathy Christie. Wszelkie próby zmian w tekście po chwili się na mnie mściły. Ta pisarka to zegarmistrzowski mechanizm. Kiedy budowałam świat na scenie, również korzystałam z metody Stelli Adler: rozbudzałam, a potem dyscyplinowałam moją wyobraźnię, żeby zrozumieć ostatecznie, że utwór Christie jest skonstruowany jak równanie matematyczne.
Nie chciałaby pani wyrównać rachunków z Szekspirem?
- Nie, bo nie cenię tego autora. Nie wiem, gdzie jest zapisana moc tej literatury.
Biorąc pod uwagę liczbę wystawień, jakieś uniwersum jest w "Hamlecie".
- Tak? A dla mnie jest to po prostu historia faceta, który ma określony problem. Nie myślimy w ten sposób o Medei czy Fedrze. To problem kobiety, matki, macochy, ale żadne uniwersum. Dlaczego? To temat na osobną rozmowę. Kobiece role są u Szekspira używane do pewnego celu. Poczułam to przy pracy nad rolą Lady Macbeth. Szekspir jak w większość autorów literatury klasycznej, nie napisał roli dla aktorki.
Czym wobec tego jest dla pani teatr? Psychoterapią?
- Nie, ale może być psychodramą. Co wieczór wyrzucam z siebie dobrą i złą energię, oczyszczam się, doznaję ulgi. Ale to wszystko jest ukryte pod pozorem, tytułem, profesją, za biletami, mnie tam tyle, co kot napłakał. Moment spotkania własnego "ja" bywa przykry.
Michał Smolis
Źródło: Dziennik nr 227 - Kultura
WĄTPLIWOŚĆ
najbliższe spektakle
14 września wtorek
20:00 duża scena
15 września środa
20:00 duża scena
recenzje