Aktualności

kup bilety online

Wywiad z Marią Seweryn

W Gazeta.pl ukazała się rozmowa Lidii Raś z Marią Seweryn na temat spektaklu "Na pierwszy rzut oka" w reż. Adama Sajnuka. Zachęcamy do przeczytania wywiadu oraz do obejrzenia spektaklu. Monodram Marii Seweryn zagramy 3, 9 i dwukrotnie 19 marca na Dużej Scenie Teatru Polonia. 

 

"Wychowywałam córki w starym systemie 'masz być grzeczna'. W końcu powiedziałam: bardzo was przepraszam, ja to cofam"


Ofiara gwałtu nie jest w stanie dokładnie odtworzyć i udowodnić różnych zdarzeń. I właśnie to jest często wykorzystywane na jej niekorzyść. Nie wiem, co zmieniać i jak, nie jestem prawniczką, ale wiem, że powinno się na ten temat rozmawiać - mówi Maria Seweryn, która w monodramie "Na pierwszy rzut oka" w Teatrze Polonia wciela się w rolę prawniczki - ofiary gwałtu.

 

Twój monodram to sztos. Jest jak u Hitchcocka: mocny wstęp, a potem napięcie już tylko rośnie.

Wiesz, jakie jest moje pierwsze pytanie, kiedy schodzę po spektaklu ze sceny? Ile?! Ile trwało?! To mój nieustanny lęk, że jest za długo, że ludzie tego nie wytrzymają. Dobrze, że widzowie nie widzą, jak podczas spektaklu, w momencie, gdy wycofuję się w głąb sceny i światło nie pada na mnie, mówię do siebie, wewnętrznie mobilizując publiczność: jest dobrze, wytrzymajcie, dacie radę! (śmiech)


Zupełnie niepotrzebnie. Przez 120 minut widzowie siedzą jak zaklęci, nikt nie chrząka, nie kaszle, nie wierci się na krześle. Są twoi. Kompletna magia.

Bo ten spektakl to magia. Także dla mnie. Za każdym aktorem chodzi monodram. Za mną też chodził, ale przez te wszystkie lata poszukiwań wydawało mi się, że nie przeczytałam jeszcze takiego tekstu, który uznałabym za wart pokazania ludziom, którzy mieliby patrzeć przez kilkadziesiąt minut wyłącznie na mnie. I to nie jest fałszywa skromność, tylko poczucie, że jeśli mam wystąpić sama, zaprosić ludzi do rozmowy, w której tylko ja będę im opowiadać jakąś historię, to naprawdę muszę mieć coś do powiedzenia. Kiedy po 20 latach czytania monodramów natrafiłam w końcu na sztukę Suzie Miller, zrozumiałam, że mam w ręku skarb. Ale wiedziałam też, że wyreżyserować może to wyłącznie Adam Sajnuk. Na szczęście również się tym tekstem zachwycił.

Aktorzy często mówią, że nauczenie się tekstu na pamięć to najmniejszy problem podczas pracy nad spektaklem.

No nie wiem, nie powiedziałabym. Ten tekst napisany jest białym wierszem. Ma swoją formę, swój rytm, którego nie mogę stracić. Moim towarzyszem na scenie jest perkusista. Współgramy, więc jeśli ja się pomylę, to on też się wybija z rytmu. Precyzja jest w tym spektaklu niezmiernie ważna i to jest naprawdę wyzwanie. Tekstu uczyłam się bardzo długo i w pewnym momencie naprawdę rzucałam krzesłami z bezsilności, bo jak po tygodniu doszłam do dwudziestej strony, to pomyślałam, że nie dam rady. Stron ostatecznie było sto… To jest tekst, który niesie aktora, ale jak już zna się jego konstrukcję, jak się rozgryzie historię i wejdzie w jej głąb.

W "Na pierwszy rzut oka" - w oryginale "Prima Facie", co w terminologii prawnej znaczy, że po wstępnym zbadaniu wydaje się, iż istnieją wystarczające dowody potwierdzające winę - grasz prawniczkę (ale także kilka innych postaci), która po trupach buduje karierę, broniąc także gwałcicieli. Kiedy sama pada ofiarą gwałtu, podejmuje decyzję, że będzie świadkiem oskarżenia w swojej sprawie. Do trzęsienia ziemi - niczym u wspomnianego Hitchcocka - dochodzi w spektaklu kilka razy, napięcie wzrasta z każdą minutą. Kiedy kobieta trafi przed oblicze sądu, licząc na sprawiedliwość i osądzenie sprawcy, sytuacja wcale się nie uspokaja. 

Zawsze fascynowało mnie prawo. Historia Tessy, głównej bohaterki monodramu, jest po ludzku poruszająca. Dom, z którego pochodzi, jej determinacja i wielokrotnie zaciśnięte zęby, które pozwoliły jej wyrwać się z biedy i trafić do elity, bardzo do mnie przemawiają. Ale to, co mnie w tym tekście prawdziwie wkręciło, to zwrócenie uwagi na historię prawa i cały jego system. Ten monodram jest tekstem feministycznym, ale takim, który nie wchodzi na barykadę przeciwko mężczyznom, nie rysuje świata w kolorach czarnym i białym, bo to wszystko jest bardziej złożone. Tessa w mowie końcowej w sądzie mówi głośno o tym, że prawo jest takie, jakie jest, bo zostało ukształtowane przez pokolenia mężczyzn. Ale ten dramat to jest też apel: pora w końcu o tym porozmawiać, przyjrzeć się temu systemowi. Może to wreszcie czas na zmiany? W polskim systemie prawnym takiej zmiany potrzebuje choćby definicja gwałtu, a od lat nic się nie wydarzyło w tej kwestii. Suzie Miller jest nie tylko autorką dramatu, ale także z zawodu prawniczką, także broniła w przeszłości gwałcicieli. Przeprowadzając swoją bohaterkę przez cały system prawny, wskazała wszystkie jego ułomności – to mnie po prostu rozłożyło na łopatki.

To, że istnieje "prawda prawna", a prawnik nie jest Bogiem, który za wszelką cenę powinien znać prawdę? 

"Zadaniem adwokata nie jest wiedzieć, ale nie wiedzieć…".

O, właśnie ten fragment! Co powinno się zmienić? 

Definicja gwałtu na pewno. Tessa mówi o prawnikach: "nie kwestionujemy presumpcji, kwestionujemy zeznania ofiar" [presumpcja – uznanie czegoś za fakt na podstawie wcześniej ustalonych faktów – przyp. red.]. Ale trzeba by zapytać, dlaczego kwestionują? Gwałt powoduje głęboką ranę, która rodzi się z bólu i strachu, a potem opanowuje umysł. Ofiara gwałtu nie jest w stanie dokładnie odtworzyć i udowodnić różnych zdarzeń. I właśnie to jest często wykorzystywane na jej niekorzyść. Ja nie wiem, co zmieniać i jak, nie jestem prawniczką, natomiast wiem, że powinno się na ten temat rozmawiać. Prawo zostało ukształtowane przez pokolenia mężczyzn, a jak mówi moja bohaterka, kobiety ofiary nie wpisują się w prawdę zdefiniowaną przez nich. To chyba jest główny powód, że często już na pierwszym etapie ofiara rezygnuje z pójścia na policję, nie mówiąc o sądzie. Gdy zrozumie, co ją czeka, przez co będzie musiała przechodzić, wycofuje się.

Dobrze się czujesz w teatrze zaangażowanym? Myślisz, że takie spektakle mogą być jednym z przyczynków do zmiany prawa?

Bardzo w to wierzę. Przed premierą padła propozycja, by monodram grać też w programie edukacyjnym dla młodzieży 15-16-letniej. Na początku się nieco przeraziłam, bo przecież spektakl  jest bardzo mocny. Czy ci młodzi ludzie sobie poradzą z jego odbiorem, czy nie wystawiamy ich na zbyt wiele, pamiętając, że przez osiem lat nie było właściwie edukacji seksualnej w szkołach, w domach się o tym także nie mówi. Tymczasem teraz ogromnie się cieszę, kiedy gram dla młodych ludzi. Jest świetnie! Reagują tak samo jak dorośli, traktuję ich bardzo poważnie, bo są wspaniali, skupieni. Kiedy pytasz o zmiany, to myślę, że na tej liście musi się też znaleźć edukacja seksualna. Przy każdej okazji trzeba i dziewczętom, i chłopcom tłumaczyć, że jeśli kobieta mówi "nie", to oznacza to dokładnie "nie". I że to jest normalne, że kobieta mówi "nie", ma do tego prawo, nawet jeśli do pewnego momentu mówiła "tak". Mężczyznom też się to zdarza, że nagle mówią: przepraszam, nie mogę. Mówmy, że to jest naturalna rzecz i piękna, bo to na tym polega dialog. Trzeba uczyć, by nie bać się mówić tego głośno, nauczyć stawiać granice. 

Kobiety często tego nie potrafią. A do tego w społeczeństwie funkcjonuje podręczny zestaw argumentów, który kobietę stawia od początku na przegranej: "sama się prosiła", bo albo strój nie taki, albo po co chodzi po nocach, albo skoro to prawniczka, która broniła gwałciciela, "no to teraz ma".

Tessę poznajemy jako potwora prawniczego. Już pierwsza scena pokazuje, że to kobieta, która idzie po swoje, robi karierę, choćby po trupach. Oczywiście powolutku rozumiemy dlaczego, ale nie do końca  ją to tłumaczy. Korzysta z życia, ile się da, w dodatku sprawca gwałtu to jej przyjaciel. Dlatego trochę baliśmy się z reżyserem, czy widzowie, którzy na początku nie mają powodu, by ją polubić, właśnie tak nie pomyślą: sama chciała. Na szczęście udało się to tak przeprowadzić, że widzowie łapią z nią empatię i przeżywają wraz z nią. To jest kobieta pełna kompleksów, które ukrywa, udaje, zdradza siebie. A kiedy w końcu prawdę o sobie wyznała mężczyźnie, któremu także na tym poziomie zaufała, doświadczyła koszmaru. Fakt, że pracowałam z Adamem Sajnukiem przy tym monodramie, ma niebagatelne znaczenie. Po pierwsze, znamy się od dawna, a na scenie było to już nasze piąte spotkanie. Po drugie, było to też bardzo ciekawe spojrzenie, bo spektaklu nie robiły dwie kobiety, ale kobieta i mężczyzna, każde z jakąś swoją perspektywą. W monodramie pada zdanie, że mężczyzna zawsze wie i rozumie, że kobieta mówi "nie". Nic go nie usprawiedliwia, tymczasem nawet wyobrażenie wielu kobiet, z którymi rozmawiałam, jest takie, że podniecenie może usprawiedliwiać mężczyznę, bo „traci głowę". To jest kompletna bzdura, którą ktoś nam kiedyś wmówił. Czekam na spotkania z publicznością, bo także o tym chcę rozmawiać; usłyszeć opinie mężczyzn, ekspertów. Odejść od tego łatwego usprawiedliwiania się "sama chciała".

Powstały w ubiegłym roku raport Instytutu Zamenhofa poraża liczbami. I tak np. blisko 60 proc. dziennikarek doświadczyło „sytuacji niepożądanej", ale aż 82 proc. z nich nikomu o tym nie powiedziało. 

Od pokoleń tak się nas wychowuje: mamy być cicho i być grzeczne. Jeśli nikt nie staje w naszej obronie w dzieciństwie, to jak kobiety mają reagować w dorosłym życiu. Mają zakodowane, że taki jest świat, że na wiele zachowań jest w nim przyzwolenie. Ale na szczęście młodzi ludzie zaczynają to zmieniać. Przesuwają granice, potrafią je postawić. Łatwo o tych młodych powiedzieć, że są roszczeniowi, nieelastyczni, że wyolbrzymiają problemy, ale oni muszą przesadzić, bo na tym polega rewolucja obyczajowa. Bez tego nic się nie zmieni.

Twoje córki też już mają inne podejście?

Oczywiście! Ale też kiedy były dużo mniejsze, zaczęło do mnie docierać, że ja je wychowuję w starym systemie: mają być grzeczne, nie wolno im dyskutować, odpysknąć, bo dziewczynkom nie wypada. Któregoś dnia przyszłam do domu i powiedziałam: ja was bardzo przepraszam za to, co mówiłam, ja to cofam. Zaczęłyśmy rozmawiać. Teraz, gdy są już dorosłymi kobietami, potrafią fuknąć, uczą się stawiania granic. Ja się też uczę, choć szkoda, że nie wcześniej, tylko dopiero w dorosłym życiu. Wiesz, że ja dygałam do 40. roku życia…

No ba! Doskonale znany wielu kobietom tryb 40-letniej pensjonarki!

My to chyba mamy po prostu wprogramowane, ale to się - jak widać - da zmieniać. 

Wróciłaś do filmu.

Obok siebie funkcjonują dwa środowiska: filmowe i teatralne. I rzadko to drugie wchodzi do pierwszego. Przy czym ja nie mam o to pretensji. Spełniam się w teatrze, choć przyznaję, bardzo tęsknię za filmem, bo lubię ten tryb pracy. Inny system, inne środki wyrazu, inne myślenie, wszystko jest inne, wchodzi się niczym w jakąś podróż.

W "Różyczce 2" wcielasz się w córkę bohatera, którego gra twój prawdziwy ojciec Andrzej Seweryn.

Gdyby zagrała tę rolę inna aktorka, to musiałaby oglądać "Różyczkę", żeby przestudiować jego gesty albo szukać innych podobieństw. Ja tego nie musiałam robić, bo jesteśmy bardzo do siebie podobni. (śmiech) Ale tak na poważnie, musiałam o tym zapominać, traktować siebie "osobno", żeby w pamięci widza nie zostało tylko to, że gra córka Andrzeja Seweryna. Mam nadzieję, że mi się to udało.

Należysz do tej grupy aktorów, w której jest np. Grzegorz Małecki, nadal przedstawiany jako "syn Anny Seniuk", albo "Młody Stuhr". No i ty: Maria Seweryn – "córka Krystyny Jandy i Andrzeja Seweryna"

W zeszłym roku obchodziłam 25-lecie pracy artystycznej, więc dawno już sama ze sobą załatwiłam sprawę w tej kwestii. Nie mam kompleksu, nie muszę niczego udowadniać, z mojej pracy czerpię przyjemność, a od ośmiu lat jestem freelancerką. Poszłam swoją ścieżką, zrobiłam mnóstwo ważnych rzeczy i zrozumiałam, że mam naprawdę ciekawe życie zawodowe. Poza Warszawą gram teraz Sajetanę w "Szewcach" w Teatrze STU w Krakowie, gram Moliera, bo tęskniłam za klasyką, gram w Teatrze Kamila Maćkowiaka w Łodzi… Spełniam swoje marzenia. Jestem na takim etapie, że postanowiłam odpocząć od produkcji i obserwuję, co się wydarzy. Ciekawy moment.

Warszawa, Kraków, Łódź… Jak to wszystko jesteś w stanie ogarnąć?

No właśnie nie jestem. Dlatego postanowiłam odpocząć. Zobaczymy. Od ubiegłego roku planowałam, że 2024 to będzie taki czas, w którym nie będę robić nic nowego, żeby wyłączyć z mózgu tryb twórczy. Miałam poczucie, że się coś skończyło, coś wypaliło, że już nie mam pomysłów. Teraz będę odtwarzać to, co zrobiłam, a jest tego dużo. Mam co grać i mogę zarabiać pieniądze na utrzymanie dzieci.

"Na pierwszy rzut oka" Suzie Miller
przekład: Klaudyna Rozhin
reżyseria: Adam Sajnuk
Teatr Polonia

Źródło: https://weekend.gazeta.pl/weekend/7,177333,30750161,wychowywalam-corki-w-starym-systemie-masz-byc-grzeczna-w.html?fbclid=IwAR3WE6UTOxfmRqltiRab59WpHtNuewg-3a9dT1rfc9lCN5hZZU5Oo8z4gbk


Dodatkowe informacje

 

Kasa i foyer teatru są wynajmowane od m.st. Warszawy - Dzielnicy Śródmieście

MECENAS TECHNOLOGICZNY TEATRÓW

billenium

DORADCA PRAWNY TEATRÓW

139279v1 CMS Logo LawTaxFuture Maxi RGB

WYPOSAŻENIE TEATRÓW DOFINANSOWANO ZE ŚRODKÓW

zporr mkidn

PREMIERY W 2024 ROKU DOFINANSOWANE PRZEZ

Warszawa-znak-RGB-kolorowy-pionowy

PATRONI MEDIALNI

NowySwiat Logo Napis Czerwone gazetapl logo@2x Wyborcza logo Rzeczpospolita duze new winieta spis 2rgb
Z OSTATNIEJ CHWILI !
X