W Teatrze Polonia mamy kolejny master class. Tym razem to „Zapętlona” Matthew Lombardo, wyreżyserowana przez Krystynę Jandę, z nią samą w roli głównej.
Mam problem z tym spektaklem. Z jednej strony bardzo łatwo go opisać, bo wystarczy jedno zdanie, a może nawet słowo. A z drugiej, gdy staram się trochę rozbudować to moje podsumowanie i zanalizować poszczególne elementy przedstawienia, do głowy przychodzi mi cały czas to samo określenie. ZNAKOMITE! Wszystko w nim jest doskonałe. Począwszy od treści – przypominającej jedną z dawnych gwiazd Hollywood, czyli Tallulah Brockman Bankhead, która swoją karierę rozpoczęła jeszcze w epoce kina niemego, a zmarła w 1968 roku – poprzez fabułę, którą jest jeden epizod z jej przebogatego życia, rozgrywający się w studio radiowym w 1965 roku, gdzie nagrywała kwestię do swojego ostatniego filmu: „Dij! Dij! Kochanie!”, aż do tematów stricte teatralnych: fantastycznie przetłumaczonego przez Andrzeja Kłosińskiego tekstu; cudownej, dopieszczonej w każdym szczególiku, jakby żywcem wyjętej z epoki scenografii i kostiumów autorstwa Zuzanny Markiewicz; jak zawsze perfekcyjnego oświetlenia przez Katarzynę Łuszczyk, aż do bardzo ważnych w tym spektaklu efektów dźwiękowych (Michał Cacko). No i deser w tej uczcie – maestria aktorska.
Co do Krystyny Jandy, to posłużę się słynnym cytatem z Bohdana Tomaszewskiego: „Szkoda, że Państwo tego nie widzą!” – [zdanie wypowiedziane w czasie transmisji radiowej, ale również tytuł artykułu jego autorstwa w Przekroju numer: 770 (2/1960); z dnia: 10 stycznia 1960]. I nie chodzi mi o całość roli granej przez Jandę (to jest poza dyskusją!!), ale można bez końca rozkoszować się szczegółami, detalami. Kompulsywne obciąganie sukienki, „pijane” kroki stawiane w niebotycznych szpilkach, niby również mocno zgłuszone alkoholem spojrzenia rzucane na rozmówcę, ale tak naprawdę bardzo uważne, typu „rentgen w oczach”, zabawa słowem (i to tak zwanym grubym słowem!) w taki sposób, aby wybrzmiało, ale nie uraziło słuchaczy, etiudy z papierosami i tak można ciągnąć bez końca, czyli: „Szkoda, że Państwo tego nie widzą!”.
Ale uważam, że przy całej maestrii Jandy jest to spektakl dwójki aktorów, bo partnerujący jej Paweł Ciołkosz (Danny Miller) jest równie doskonały. Postać grana przez niego to krańcowo odmienny typ psychologiczno-mentalny. Ciołkosz rewelacyjnie oddaje zmiany zachodzące w jego postaci pod wpływem zdarzeń, w których uczestniczy. A zaręczam Państwu, że wyprowadziłyby one z równowagi nawet świętego.
„Zapętlona” ma dwie części i zarówno Tallulach grana przez Jandę, jak i Danny Ciołkosza są w nich diametralnie różni, nie przez zmianę kostiumów czy charakteryzacji, tylko przez swoje zachowanie, ton wypowiedzi i body language. I tę zmianę ogląda się z równie zapartym tchem, jak część pierwszą.
Na scenie widzimy jeszcze Adama Tomaszewskiego (Steve). Wydawać by się mogło, że jest to postać poboczna, ale w gruncie rzeczy dźwiękowiec grany przez niego odgrywa istotną rolę w fabule. A Tomaszewski musiał konsultować swojego Steva z kolegami z kabiny akustycznej, bo jako spec od hebli, którego interesują tylko one, a nie emocje, których jest mimowolnym świadkiem, jest jak żywcem wyjęty z grona tych zakulisowych bohaterów wszystkich spektakli teatralnych, bez których nie mogłyby się one odbyć.
„Zapętlona” Matthew Lombardo, wyreżyserowana w Teatrze Polonia przez Krystynę Jandę, jest wspaniałą inscenizacją z dawnych czasów. Nie ma żadnych udziwnień i eksperymentów. Symptomatyczne jest to, że niedawno Janda wyreżyserowała jakże inny „Klub kawalerów”, ale obydwa te spektakle mają jeden wspólny mianownik, bardzo ceniony nie tylko przeze mnie, ale sądząc po frekwencji, również przez liczne grono widzów. To klasyczne spektakle słowa, aktora, scenografii i kostiumów!
Przekonajcie się Państwo sami, a nie będziecie żałować!
Krzysztof Stopczyk, Okiem Obserwatora
https://e-teatr.pl/okiem-obserwatora-zapetlona-68627

