Trzeba przyznać, że Teatr Polonia trzyma poziom. Za każdym razem, kiedy wybieram się do tego teatru, rozpiera mnie wielka wewnętrzna radość. To niesamowita sztuka zrobić spektakl poruszający sprawy ważne, ale w taki sposób, żeby jego sedno na długo pozostawało w widzach. Takim przedstawieniem jest „Co po Grace?” w reż. Krzysztofa Dracza.
Na scenie widzimy troje bohaterów: Angusa (Krzysztof Dracz), Abigail (Hanna Śleszyńska) i Olliego (Andrzej Zieliński). Dracz wciela się w postać emeryta, który mierzy się z przeszłością i próbuje ułożyć sobie życie na nowo. Gra z pełną wirtuozerią, jak przystało na wytrawnego i utalentowanego aktora. Śleszyńska została z kolei obsadzona w roli dojrzałej kobiety, która niespodziewanie wkracza w uporządkowane życie Angusa. Jej pojawienie się wywraca jego codzienność do góry nogami i zmusza do rozliczenia się z przeszłością. Postać Abigail wnosi do spektaklu mnóstwo energii, ciepła, ale też skłania do głębokich wzruszeń i refleksji nad samotnością.
Trzecia z kolei postać – Ollie – to były baseballista, lekko niepełnosprawny sąsiad głównego bohatera. Wokół niego narasta sporo nieporozumień, ponieważ w przeszłości rzekomo romansował z żoną Angusa. Zieliński wnosi do sztuki ogromną dawkę humoru sytuacyjnego. Swoją naturalną komediową ekspresją potrafi błyskawicznie rozładować napięcie i powagę na scenie. Grany przez niego bohater ma pięćdziesiąt dwa lata. Jest zdeklarowanym gejem, którego orientacji seksualnej nie jest w stanie zaakceptować jego ponad dziewięćdziesięcioletni ojciec.
Główny wątek skupiony jest wokół relacji Angusa (Dracz) i Abigail (Śleszyńska). Widzowie zapewne już na początku spektaklu zadają sobie pytanie, co łączy tych bohaterów, gdy widzą wymykającą się z łóżka Abigail, która spędziła upojną noc z Angusem po pogrzebie jego żony. Szybko dowiadują się, że zadecydował o tym przypadek. Im dalej, tym coraz wyraźniej możemy dostrzec zagubionego emocjonalnie Angusa, który pod maską wyzwolonego obyczajowo mężczyzny jest spragniony prawdziwego, szczerego uczucia w relacji damsko-męskiej.
Chociaż przedstawienie to ma niesamowicie egzystencjalny wydźwięk, dzięki lekkiej formie ogląda się je znakomicie. Najbardziej rozbawił mnie fragment, w którym bohaterowie spektaklu ze szklanego bonga palą medyczną marihuanę. Pomysłodawcą jest oczywiście Angus, który chce zapomnieć o przeszłości, ale nie ma ochoty stawać w prawdzie i odpowiadać na pytanie, jak ma teraz wyglądać jego życie.
Mam wrażenie, że sztuka Crim jest wielką tęsknotą za prawdziwą miłością. Nieco dalej jest również apelem o akceptację odmienności czy inności. Można by powiedzieć, że opowiada o dojrzałej miłości i samotności. Przede wszystkim jednak o tym, że na życiowe zmiany i szczerość nigdy nie jest za późno. Dużo prawdy jest bowiem w twierdzeniu, że szczęśliwe życie w jakiejś mierze można sobie zorganizować.
Na uwagę zasługuje świetna i zarazem prosta scenografia, która oddaje tryb życia Angusa. Na scenie znalazło się miejsce dla znajdującego się w oddali basenu czy kuchni. Bliżej widzimy dwie kanapy, wysoki puf i ławę. Na wyciągnięcie ręki są alkohole, no i przyrząd do palenia medycznej marihuany.
Mówiąc krótko – „Co po Grace?” w reż. Krzysztofa Dracza ogląda się z zainteresowaniem od pierwszej do ostatniej minuty. Wpływa na to nie tylko doskonała scenografia, fantastyczna gra aktorów, dobra reżyseria, ale także świetny tekst Carey Crim. Przedstawienie jest bowiem pełne humoru, ironii, chociaż momentami potrafi skłonić do zadumy nad życiem i relacjami z najbliższymi. Akcja toczy się wokół istotnych kwestii naszego życia. Wychodzi z tego ciekawa opowieść trafiająca do widzów, którzy po spektaklu zgotowali owację na stojąco.
Źródło: https://mojaprzestrzenkultury.pl/archiwa/10284

